To co niezmiennie mnie cieszy w książkach o tematycznie ciężkim kalibrze, to umiejętność autora do rozładowania napięcia. I ten zabieg zręcznie jest wykorzystywany przez Mikołaja Grynberga w „Roku, w którym nie umarłem”.
Grynberg w książce opowiada o swoim doświadczeniu choroby wieńcowej, a może nawet więcej – o tym, jak poczuł, że otarł się o śmierć. Autor prowadzi czytelnika przez całą drogę doświadczania choroby poczynając od kołatania serca, poprzez drogę do szpitala, zabieg wszczepienia stentów, aż do rehabilitacji. Lecz bez obaw – nie jest to ckliwa historia choroby, tylko dowcipna opowieść o sprawach istotnych i niełatwych, które spotykają człowieka po raz pierwszy i na poważnie.
Narrator nie pomija przerażenia, które mu towarzyszyło od pierwszych sekund zawału. Dzieli się myślami, które kołatały się w głowie, zapisuje zdania, które wtedy zachował dla siebie – trochę ze strachu, trochę z miłości. Autor to, co wewnętrzne zderza z tym, co wokół niego. Przytacza wspomnienia drobnych gestów, które były nieocenionym wsparciem w czasie największego strachu i bezradności. Takim gestem jest między innymi troskliwy dotyk pielęgniarki w czasie przygotowania do zabiegu.
Uważności Grynberga nie umykają również prozaiczne czynności, takie jak potrzeby fizjologiczne. Autor w sposób dowcipny opowiada o największych blokadach psychicznych pacjentów. Czynności, które są codziennością urastają do niebotycznych rozmiarów. Jednak już po chwili nadmuchana wstydem i zakłopotaniem bańka zostanie przebita przez zestawienie jej z życiem Babci Grynberga w obozie zagłady.
I tu otwiera się kolejna warstwa książki – tożsamość narratora. Często przywołuje on swoje żydowskie pochodzenie, jak gdyby sarkazmem chciała umniejszyć swojej traumie, zdjąć z siebie lęk, który zagościł w nim po zawale. Powracanie do korzeni ma w sobie pomieszanie czułości i szorstkości.
Z jednej strony przytacza rozmowy z Babcią, ale nie dodaje kobiecie babcinej miękkości, wręcz eksponuje jej pragmatyzm.
“Rok, w którym nie umarłem” to również opowieść o oddziale kardiologicznym i sali rehabilitacyjnej, które przypominają bale maskowe. Każdy pacjent dworkuje, przechwala się i dogaduje. Ale każda maska ma zaszklone oczy. Nieoderwalny atrybut tych, którzy przeżyli.