Jestem po lekturze „Złudzenia gracza” Michała Kuzborskiego, czyli drugiej części przygód S., zaufanego człowieka od komunikacji, i jak się okazuje, supermena bez peleryny z kraju nad Wisłą. Muszę przyznać, że kontynuacja serii lekko mnie znużyła, aczkolwiek moja słabość do political fiction nie pozwala przejść obojętnie obok tej książki.
„Złudzenie gracza” podobnie, jak „Paradoks kłamcy” ma ciekawą budowę. Między innymi dowcip, który nadaje powieści filmowy sznyt, czyli klamra poetycka w postaci ustawki PR-owej. Pierwsza to niepowodzenie, które rozpoczyna serię wydarzeń mających na celu podbudowanie budżetu głównego bohatera i jego (nomen omen) wizerunku. Zorganizowana akcja zamykająca powieść jest zażegnanie czarnej serii. Do tego w obu scenach pojawiają się te same postaci od efektownego (z efektywnością ambiwalentnie) wejścia. Obie lekko przerysowane, ale budzące sympatię i uśmiech czytelnika. Zdecydowanie sceny spinające powieść są moimi ulubionymi w tej części.
Na uwagę zasługuje również postać, znanego już czytelnikom, mecenasa Żaboty. W pierwszej części wydawał się postacią tendencyjną, jednowymiarową – cyniczny prawnik z odrobiną poczucia odpowiedzialności za S., którego zaangażował w nie do końca transparentny projekt. Tym razem to Żabota zostaje uwikłany w, budzące wątpliwości prawne i etyczne, zlecenia głównego bohatera. Między wierszami poznajemy czułą stronę mecenasa, męża, krakowskiego studenta, ojca i dziadka. Muszę przyznać, że czytając powieść pomyślałam, że chętnie sięgnęłabym po spin-off o przygodach tej postaci (wiem, że Autor robi takie wybiegi w opowiadaniach, dlatego to zdanie nie jest przypadkowe).
A teraz motyw wiodący, czyli political fiction. Tak, zdecydowanie lubię takie klimaty i Kuzborski świetnie przemyślał tę intrygę. Głównym wątkiem jest przetarg publiczny na otworzenie kasyna internetowego. Żyła złota z etyczną goryczą przyciąga dużych graczy, którzy nie zawsze wybierają praworządne metody wejścia do gry. Pomysł na główny wątek bardzo ciekawy jednak mam poczucie rozmycia całości, co wynika z rozciągłości powieści. Momentami byłam znudzona, akcja nie toczyła się, mimo że zgodnie z czasem powieści wydarzenia trwają zaledwie około 1,5 miesiąca. Można na obronę Autora powiedzieć, że widocznie bohaterowi czas płynął bardzo wolno. Ale prawda jest taka, że owszem S. ciągle czekał, ale miał bardzo krótkie terminy na działanie. To właśnie mało czasu napędzało powieść, szybkie decyzje, szybkie spotkania, ciągłe podróże między Wrocławiem, Warszawą i Krakowem. Czas zdecydowanie nie był sprzymierzeńcem głównego bohatera, a ja mam wrażenie, jakby tego czasu miał więcej niż potrzeba. Z czego wynika zakłamanie czasoprzestrzeni? Moim zdanie z konstrukcji powieści. W „Paradoksie kłamcy” podział na kilku narratorów nadawał całość tempa, pokazywał wydarzenia z kilku perspektyw, kształtował wielowymiarowość. W „Złudzeniu gracza” jedynym narratorem nadającym tempa wydarzeniom jest S. Pozostałe perspektywy trącają nutką grafomaństwa, które wypełnia kolejne strony, ale nie jest nośnikiem akcji. I to jest zdecydowany minus tego tomu.
Pojawiają się również wątki poboczne, które pozornie są istotne i znamy ich początki z poprzedniego tomu, ale tu zostały zarysowane jakby z przyzwoitości, co sprawia, że są papierowe i w pewien sposób zbędne – choroba ojca, relacje z przyjaciółmi, kuzyn, który miał odwiedzić ojca głównego bohatera, ale nie wiemy co ostatecznie z tym spotkaniem. Ojciec czekał na badania, S. próbował przyspieszyć całość. Początkowo choroba wydawała się niezwykle istotna w całej powieści, a ostatecznie czytelnik dostaje informacje, że wyniki ojca się poprawiły. I wątek, o który było tyle zamieszania, kończy się bez większego echa, konsekwencji. Podobnie problemy Juniora, które liczyłam, że będą jedną z nici powieści (bo świetnie wpisywały się w główny wątek), rozmyły się w całości. Jest kilka tematów, które wydają się nieprzemyślane, a wręcz zbędne dla całości akcji. Można by rzec wata poetycka.
Mimo kilku uwag do całości powieści, czekam na kolejną część, żeby poobserwować warsztat Kuzborskiego. Mam przeczucie, że z czasem stanie się jednym z mainstreamowych pisarzy kryminałów w Polsce. Oby międzyczasie nie zapomniał o spin-offie Żaboty.