„Rok zająca” Arto Paasilinna to moja książka niespodzianka z zeszłorocznych targów książki w Łodzi. Nawet nie będę ukrywała, że sięgnęłam po nią ze względu na okładkę. Wydanie jest bardzo przyjemne i estetyczne. Takie jak lubię. A treść? Treść to snucie opowieści o kondycji ludzkości.
Momentami powieść wydawała się naiwna, innym razem przerysowana. Ale myśląc o niej jako całości mam obraz pokory, który rysuje się na kolejnych stronach. Owa pokora objawia się w podejmowanych przez głównego bohatera Kaarla Vatanena pracach. Niegdysiejszy dziennikarz reperuje górskie chaty, pomaga w gaszeniu pożarów, demontuje stare tratwy. Przy okazji spotyka ludzi, którzy dzielą się z nim opowieściami o życiu, codzienności. Te z pozoru nudne opowieści, to istota różnorodności.
Najwierniejszym kompanem podróży Vatanena jest zając. Dzikie zwierzątko znalezione w lesie, otwiera przed głównym bohaterem drzwi do życia w naturze. Uwalnia od codziennych powinności i pozwala przeżyć życie z małym bagażem. Wędrowiec przemierza Finlandię, odkrywając ludzką naturę. Momentami jest ona okrutna, pozbawiona refleksji, innym razem pełna czułości.
Podróż Kaarla Vatanena przywiodła mi na myśl wędrówkę innego bohatera literackiego – Saula Zuratasa. Tytułowa postać z powieści Mario Vargasa Llosy, również przemierza świat, aby poznać człowieka. Celem podróży jest spotkanie gawędziarzy z plemienia Macziguengów, ale los ma inne plany i Zutras sam staje się gawędziarzem. Bohater Paasilinna Vatanen podróżuje, aby oddalić się od wszelkich plemion, nie niesie opowieści poznanym ludziom. Sam staje się opowieścią.
Książka jest dobrym wyborem na zimowe wieczory i podróże. Dla mnie była swego rodzaju wyciszeniem i medytacją. Pozwoliła na zatrzymanie i była nauką pokory wobec opowieści.