Niewiele jest książek, które podane jako adaptacja są smaczniejsze. Ale się zdarzają. Dla mnie taką książką jest „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk. Bo powiedzieć, że nie jestem fanką tej książki, to nie powiedzieć nic.
Adaptacja filmowa kryminału ekologicznego Olgi Tokarczuk – „Pokot” w reżyserii Agnieszki Holland i Kasi Adamik, zabrał mnie do innego świata i pozwoli zanurzyć się w tej opowieści. Doświadczenia z adaptacją filmową, zachęciły mnie do obejrzenia inscenizacji w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi.
„Prowadź swój pług przez kości umarłych” w reżyserii Leny Frankiewicz, to uczta estetyczna. Górski krajobraz w głębi sceny ma oniryczny charakter, co daje poczucia balansowania między rzeczywistością, dowodami, a czymś nieuchwytnym, wyczuwalnym, ale trudnym do wyrażenia słowami. Dzięki temu widz może poczuć emocje Duszejko – głównej bohaterki, która na co dzień żyje w świecie ludzi, ale w głębi jest związana ze światem zwierząt. To właśnie z natury czerpie wrażliwość i siłę.
Zanim przejdę do głównej bohaterki, chcę jeszcze na chwilę pozostać w tajemniczym i osnutym mgłą królestwie zwierząt. To właśnie ta warstwa spektaklu mnie zachwyciła i nie pozwoliła przejść obojętnie obok tejże inscenizacji. Przywołany krajobraz górski uzupełniały sarny. W tej roli wystąpiły gościnnie – Agnieszka Kryst, Anna Steller i Alisa Makarenko – które ruchem scenicznym stworzyły delikatne, płoche, ale ciekawskie zwierzęta towarzyszące Duszejko. W spektaklu pojawiają się również dzik i pudel (genialna kreacja Łukasza Stawowczyka). Decyzja o wcieleniu się aktorów w postaci zwierzęce, bez personifikacji tych bohaterów, jeszcze bardziej podbiła motyw przenikania się światów ludzi i zwierząt.
Janina Duszejko stworzona przez Milenę Lisiecką, to nie odurzona swoimi ideami wariatka. Główna bohaterka wydaje się mocno stąpać po ziemi, jest zaradna, zdecydowana, ale skryta. Skupiona na swojej misji, że nie zauważa zaniepokojonych spojrzeń przyjaciół. Mimo swojej wsobności, bohaterka nie jest daleka widzowi. Lisiecka stworzyła postać kobiety, z którą wielu chciałoby się utożsamiać. Nie ma w niej patosu. Ona po prostu jest i robi swoje.
„Prowadź swój pług…” Frankiewicz, to ruchome obrazy, stopklatki. Mimo że, w przedstawieniu wszystko ze sobą współgra – scenografia (Agata Stanula), kostiumy (Krystian Szymczak), światło (Aleksandr Prowaliński), tworzą żywy obraz, który otula historię Janiny Duszejko; to momentami sceny były zbyt długie, nużyły, wybijały z rytmu (za przykład niech posłuży piknik Duszejko, Matogi i Borosa, czy bal grzybiarza).
Reżyserka zdecydowała się na przekroczenie czwartej ściany, zamieniając widownię w kościół, a widzów w uczestników mszy poświęconej obchodom Hubertusa, ale mam poczucie, że to nie zagrało. Odebrało autentyczność scenie buntu wobec słów księdza.
Patrząc na spektakl w całości, jestem pod wrażeniem. Lena Frankiewicz i Sandra Szwarc (adaptacja i dramaturgia) wyjęły z książki Tokarczukowej to, co najcenniejsze i zaserwowały emocjonalno-estetyczną ucztę.